Mucha Lena, czyli co tak naprawdę w trawie piszczy

⚠️UWAGA, TEKST ZAWIERA SPOILERY!!! ⚠️

Gdy patriarchalny świat, przestraszony perspektywą upadku wygodnego statusu quo nieporadnie atakuje takie inicjatywy jak nowa sekcja na Netfliksie – „seriale z silną postacią kobiecą”, w tym samym czasie, gdzieś na północy Polski, dwóch komików zamkniętych w domowej pralni konstruuje bombę. Zamiast trotylu pakują weń słowa, które mogą zburzyć niejeden mur. A lont może odpalić każdy, wydając jedynie 19,99 zł

Tak. Przeżyłam Muchę Lenę. Genialna forma słuchowiska, wpisującego się w zjawisko deep listening zgodnego nie tylko z koncepcją Pauline Oliveros, pozwoliła jej autorom – Abelardowi Gizie i Wojtkowi Tremiszewskiemu – uruchomić moją wyobraźnię, angażując zmysły do zanurzenia się w tym swoistym studium socjologiczno-psychologicznym z domieszką wiwisekcji na polskości. I odkryć, że chowając się za fasadą pozornie niepoważnej formy, aby nie utracić swojej scenicznej autentyczności, panowie komicy tak naprawdę zabierają głos w najważniejszej sprawie ostatnich miesięcy – stają po stronie Kobiet. A raczej po stronie człowieczeństwa, o którym musi nam przypomnieć rój owadów.

Duże dzieciaki, mali chuligani / Granaty w ustach mogą nam wypalić
[Fisz, Jesteście gotowi

We wstępie do Muchy Leny należy odrzucić określenie „przygody”, jakie krąży tu i ówdzie celem zachęcenia do wejścia w tę historię. Przygody to mają postaci z baśni i kina familijnego. A tu jedynym wspólnym mianownikiem z bajką jest zabieg antropomorfizacji. Reszta to twarda realita pełna klimatu koszmaru. 

Niemniej, w całej fabule nie znajdziemy aktów semantycznie pustych. Mucha Lena [mucha tse tse] pochodzi z Afryki – jak cały rodzaj ludzki. Jest humanistką, nie feministką, bowiem kobiety stanowią połowę populacji ziemskiej, nie ma więc potrzeby sztucznie nazywać nas mniejszością. Jest humanistką, bowiem każde jej działanie podyktowane jest dobrem drugiego. Pojawiając się w nowej rzeczywistości, Lena nie zapomina starych prawd: że solidarność jest siłą, uprzejmość – podstawą komunikacji, a stawanie w obronie słabszych wzmacnia obie strony. Piękne są także akcenty „zaangażowane”, jak moment przejścia na weganizm, czyli porzucenie kupy {!} na rzecz liści, idea body positive wyrażona w relacji Muchy z ćmą Baśką i walka o prawa osób LGBT w wątku z motylem Damianem. Symboliczne, że te dwie postaci ostatecznie umierają za rewolucję… Bo przecież „nienawiść jest matką śmierci”.

Portrety bohaterów słuchowiska utkane są z dobrze znanych kliszy. Rozpisane i odegrane tak, aby ukazywać z grubsza cały przekrój społeczeństwa. Jaskrawie. Choć dla tej historii wystarczy kilka reprezentatywnych charakterów, mistrzowsko zresztą przypisanych do konkretnych gatunków żyjątek, aby osadzić słuchacza w realiach Polski spolaryzowanej bardziej niż kiedykolwiek. 

Mamy więc pająka, któremu odjechał peron. Ta postać stanowi rodzaj emocjonalnego buforu, chociaż creeperskiego. W każdym mniejszym mieście spotkamy kogoś takiego. Po Rybniku autentycznie spaceruje Rajmund, który mówi dziwne rzeczy pod nosem. Jest chudy i bardzo wysoki… Na łące poznajemy gza Romana, chama pierwszej wody, u podstaw zachowania którego leży boleśnie złamane serce i… impotencja! Lena spotyka też Bartka, szorstkiego chłopaka z nizin społecznych, obcującego z bliźnimi nie inaczej, niż go w domu nauczono. Pod pancerzykiem tli się jednak wrażliwość poety, którą niestety łatwo zaprząc w machinę propagandy, jak onegdaj pióro Wisławy Szymborskiej ku chwale Stalina. Ale poznamy też ślimaka, który okaże się nie być mięczakiem. Bo śliskiego nie da się złamać. Jest stary i prawdopodobnie ze wsi, albo ma żydowskie pochodzenie, dlatego zwraca się do rozmówców w trzeciej osobie. Na wszystkim robi geszeft. Ale są rzeczy, których nie można od niego kupić – to niezłomna wierność elementarnej przyzwoitości. W opozycji do jego postaci stoją komary, nieprzypadkowo największe złodupce wśród owadów. Komar ma gębę pełną frazesów, a gacie pełne strachu: przed nieznanym, czyli lasem – ziemią obcą, więc wrogą. To ten zagrażający tradycyjnym wartościom Zachód, którego zepsucie wyraża się w możliwości nominalnego importu gówna za gotówkę [łoś Bogdan-żuk Wojciech]. Ale dosyć tej mowy nienawiści. Sama się na niej przyłapuję, a przecież w całej tej historii chodzi o wsłuchiwanie się i wyciąganie wniosków. Tak, jesteśmy cholernie podzieleni. Na własne życzenie. 

Giza i Termos nie dokonują żadnego odkrycia. Z czułością przypominają: Cała polana miała nas w dupie przez lata, bo byliśmy znad bajora i przyszedł taki Wasilewski i nauczył nas formować się w pięść jak mówi Mieszko [sic!]. Pod wpływem Wasilewskiego – który do złudzenia przypomina Bosaka – brutalność, nietolerancja i głupota wywindowały do rangi najbardziej pożądanych przymiotów narodowych. I jak w tekście Nienawiści.pl z 2017 roku „to nie wzięło się znikąd. Oni podnieśli te swoje łby, wyleźli z tych swoich piwnic, bo wyczuli swojski smrodek idący z góry.”

Zatem mamy w tej historii obrazki przywołujące na myśl lata słusznie minione, zatrważająco tożsame z obecną sytuacją: inspekcja programu artystycznego Dnia Łąki, przesłuchania w środku nocy, flagi z hasłem siła trąbki, agresywnych młodzieńców ubranych na szaro i system, który nagradza dostosowanych [„jak będziesz cicho bzyczeć przy ziemi, to cię nie zauważymy”]. Czy dlatego wciąż zajmujemy się tylko sobą?

Giza i Termos nie stawiają żadnej diagnozy. Przypominają jedynie smutny fakt: kolejne afery spowodują prędzej drgnięcie w spodniach opozycji niż w sondażach partii rządzącej. „Tamci kradli i ci też kradną, ale przynajmniej się z nami dzielą.” Dlaczego mimo to wciąż zajmujemy się tylko sobą?

Sny o potędze

Scenariusz Muchy Leny oparty jest na suspensie, który lubię. A mianowicie na wysnuciu śmiałej fantazji, jaką znamy z filmów Quentina Tarantino: Bękarty Wojny i Pewnego razu w Hollywood. Co by było, gdyby znane z zapisów historycznych wydarzenia zwieńczył jednak inny finał? Gdyby naziści i sekta Mansona dostali wpierdol? Wszystko skończyłoby się dobrze, prawda? Ktoś nie miałby traumy, a przynajmniej losy wielu ludzi potoczyłyby się sympatyczniej.

Motyl Damian pisze science-fiction rodem z World War Z, gdzie jest superbohaterem Zamianem pełnym mocy. Główna bohaterka słuchowiska w 6. odcinku przysłowiowo wjeżdża z karata, dając jakiś impakt do uniesienia kącików ust, chęci błyskawicznego wrzucenia kolejnego odcinka i potrzebę zaciskania kciuków w intencji otrzymania satysfakcji. Lecz czy ją dostałam? Nie jestem naiwna. Przełykam gorzką pigułkę raportu ze stanu świata. Ale uwielbianym przeze mnie panom – Abelardowi i Wojciechowi – odważnie sklejam piątkę za to, że wykrzesali rzecz „na teraz”. Budżetową a złotą. I do serca biorę jedną z wielu mądrych sentencji wypowiedzianych przez Lenę: łatwo nienawidzić na odległość. Ty też to weź do serca, jeśli jesteś aktywny w social media.

Dla kogo to Słuchowisko? Dla ludzi, którzy nie mają much w nosie i wiedzą, że podróże kształcą wykształconych. Ale również dla tych, którzy będą sapali pod spoconym wąsem, że „hehe, bajka z morałem, co by nie ufać babom”. Bo wierzę, że kropla drąży skałę.

Komu odradzam: osobom cierpiącym na entomofobię (insektofobię) i miłośnikom „wsi spokojnej, wsi wesołej”.

Co bym zmieniła? Zamiast uroczego utworu Gumo 'Falling' użyłabym Billie Eilish 'everything I wanted', czyli współczesny hymn samobójców.

Jest też szansa, że mądre to wszystko co piszę, ale jednak pierdolenie 😉

Na koniec – bardziej, niż na drugą część, czekam chyba jednak na „Zagładę i czekoladki” 🤫 Bowiem z jednej strony trawi mnie masochizm, a z drugiej obawa, że Mucha Lena pójdzie w obyczajówkę, ku uciesze gawiedzi. A może nie. Może mylę się w całej rozciągłości swego wywodu.

Acha, bez napinki. Pamiętajcie, że to my jesteśmy tymi robalami. I wszyscy będziemy gryźć glebę, która jeszcze jakoś nas miłościwie karmi i karci. Pandemiami.